Na chorobę „Bali” zapadłam bardzo dawno temu. Było to jeszcze wtedy, gdy  pracowałam jako główna projektantka dla jednej z firm odzieżowych. Dużo czasu spędzałam wówczas w Azji, głównie w Chinach. W firmie zajmowałam się głównie produkcją, więc większość z tych wypraw miała charakter stricte biznesowy. Już wtedy byłam zakochana w Indonezji i choć interesy średnio nam w tym kraju wychodziły to było coś magicznego w tej kulturze, w ludziach we wszystkim! Wiem, że to dziwne, ale Dżakarta do tej pory jest jednym z moich ulubionych miast na świecie. Jakiś tajemniczy głos i wrodzona ciekawość ciągnęły mnie dalej i dalej. 

 

 

 

I tak oto któregoś burzowego wieczoru znalazłam się w  małej awionetce lecącej na Bali. Było to równo dwanaście lat temu. Samolotem ciskało na wszystkie strony, ale gdy już wylądowaliśmy w Denpasar poczułam się jak w raju.

Lotnisko różniło się diametralnie od tego, które zastaniecie tam dziś. Było małe, kameralne i witały nas panie w regionalnych strojach o najpiękniejszych uśmiechach jakie widziałam do tej pory. Spędziłam tam cudowny, choć krótki czas (bodajże 5 dni). Relaksowałam się, zajadałam się pysznymi owocami i próbowałam po raz pierwszy swoich sił na desce surfingowej. 

Wróciłam do Polski i bum!  Okazało się, że jestem bez pamięci zakochana i nie myślę o niczym innym jak tylko o tym, żeby się tam przeprowadzić. To był podręcznikowy przypadek zauroczenia. Nie chcę już produkować T-shirtów w Chinach – chcę się rozwijać, zajmować modą i spędzać czas na Bali!

 

>center>

 

W rzeczywistości mój plan zajął mi trochę więcej czasu i po drodze wywrócił  się do góry nogami jeszcze kilka razy. Zanim mogłam sobie pozwolić na urlop i ponowną wizytę na wyspie minęło sześć lat! 

Poleciałam z moją najlepszą przyjaciółką Kaśką i chciałam pokazać jej wszystko – dosłownie wszystko. Cały ten ósmy cud świata! Tymczasem okazało się, że Kuta całkowicie się zmieniła. Zatrzymałam się w tym samym hotelu, poszłam do tej samej restauracji, spotkałam się nawet tutejszym mieszkańcem – Edem, z którym nie wiem jakim cudem miałam cały czas kontakt. Niestety – nie było już magii w tym miejscu. 

Nagle zauważyłam, że to miejsce to wielka imprezownia, pełna młodych rozwrzeszczanych Australijczyków i albo ja jestem już po prostu jestem na to za stara, albo zwyczajnie szukam czegoś innego w życiu.

Kupiłyśmy bilet „speedboat” i popłynęłyśmy na maleńką wyspę Gili. Było to pięć lat po tym jak podłączyli na niej elektryczność, więc chwilę później, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać tam coraz to nowsze kurorty, spa i hotele. Wiem, że zapewne i dziś nie miałabym czego tam szukać. Zaniepokoiło mnie wówczas jedno zjawisko. W czasie drogi wydawało mi się, że widzę ławicę ryb. Okazała się ona jednak kilometrową ławicą śmieci i plastikowych butelek płynących za łódką. Do tej pory mam ten widok przed oczami. Strasznie mnie to martwi. 

 

 

 

Ale wróćmy do tajemniczych magicznych podróży i zawirowań losu. 

Na początku lutego znowu wylądowałam w Denpasar! Tym razem towarzyszył mi mój chłopak, jego dwie córki – Mica (8lat) i Suza (6lat), a ja byłam w piątym miesiącu ciąży!

Paradoksalnie (może dlatego, że to najświeższe wspomnienie) ten wyjazd wydał mi się najlepszy. Zaczęliśmy od nie tak bardzo obleganej części wyspy (Batubolong) i przemieszczaliśmy się średnio co kilka dni. Mogliśmy sobie na to pozwolić,  bo tym razem na pobyt przeznaczyłam cały miesiąc! Mieszkaliśmy w dzingi w drewnianym domku, nad samym oceanem nad skałą. Byliśmy w tajemniczym Ubud, w świątyni małp, w parku ptaków. Ani przez chwilę nie brakowało mi imprez i zgiełku. Tym razem nie zapuszczałam się już ani do Kuty, ani na Gili. Jedyną wyspą na jakiej spędziliśmy kilka dni było Nusalembungan, a miastem, w którym spędziliśmy najwięcej czasu okazało się Ganguu. Wszystko ze względu na świetne warunki surfingowe, bo tymczasem mój ukochany chłopak wkręcił się totalnie w tą dyscyplinę sportu. 

 

 

 

Było tak super, że uwierzcie – nie da się tego opowiedzieć słowami. Przejechałam tysiące kilometrów na skuterze, zjadłam chyba tonę ryżu i opaliłam się tak, że to aż nieprzyzwoite! Dobrze jest mieć taką „chorobę-Bali”. Jest ona niesamowitą siłą napędową – do zmian, do powrotów w te same miejsca i do bycia szczęśliwą! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

— Follow me on Instagram
— Related Posts
Posted on Listopad 04 by Marta Sinilo

— Architektura koloru

Młodość rządzi się swoimi prawami. Więcej jej wolno i więcej jej się wybacza. To samo tyczy się młodych projektantantów. Studia i początki kariery to idealny czas na poszukiwanie swojej estetyki i odważne eksperymenty. Sprzedażowe podejście to jedno, ale to  pierwsze kolekcje pozwalają zaistnieć w środowisku i mediach, dlatego im bardziej spektakularnie, tym read more

/ no comments
Posted on Październik 27 by Marta Sinilo

— Wanted!

  Jak reagujecie gdy widzicie inną osobę w tym samym ubraniu co Wy? Kusząca oferta wszędobylskich sieciówek bezsprzecznie sprzyja takim sytuacjom. I może to z początku wyda wam się dziwne, ale ja te sytuacje szczerze uwielbiam.  Inspirują mnie. Każda z nas podchodzi do tego samego ubrania zupełnie inaczej i ma inny pomysł na read more

/ no comments